przestraszyła się samej siebie..swoich myśli... działań...postępowania...
zaczęła zastanawiać się nad genezą tego co teraz czuje..nad pochodzeniem tych uczuć i skutkami decyzji, które podjąć, być może będzie musiała...
jest przy niej mężczyzna, do którego czuje pewien rodzaj sympatii, a raczej jakąś więź spowodowaną posiadaniem wspólnego dziecka...tylko czy owy "rodzaj sympatii", "jakiejś więzi", to wystarczająco dużo?
od tak dawna stara się wsłuchać w siebie, stara się usłyszeć wewnętrzny głos, który powie definitywnie "tak" lub "nie"...
życie nauczyło ją zgadzać się na rzeczywistość..ale przecież rzeczywistość tworzy sobie sama...
umie iść na kompromis...ale jest to bardziej dogadanie się z jej własnym "ja"...
czy może być szczęśliwa z człowiekiem który całkowicie odbiega od wymarzonego ideału?? czy brnięcie dalej w ten związek nie jest swego rodzaju wygodnictwem, cichym aktem desperacji??
a może to tylko "poczekalnia" przed oczekiwaną pełnia szczęścia??
czy naprawdę umie dawać siebie tak dużo jak dawać chce??..a może umie tylko brać??
czy w rezultacie nie krzywdzi człowieka, którego krzywdy tak naprawdę nie chce...czy te "defekty" z którymi zmaga się przez lata nie przerodzą się w nienawiść w przyszłości?? czy nadal będzie umiała godzić jego priorytety ze swoimi?? czy będzie umiała??
w marzeniach "książę" był człowiekiem ciepłym, wrażliwym...a zarazem męskim i zdecydowanym...
czy życie u "jego" boku nie pozbawi jej radości codzienności na zawsze?? czy starczy jej sił na podejmowanie wyzwań?? czy w końcu nie znudzi się jej przełamywanie siebie i wieczne kompromisowanie??
takie miała myśli przy sobocie spowodowane jednym wczorajszym uczuciem...a właściwie uczucia brakiem...
wczoraj jej ciało nie czuło kompletnie nic...
nie umiała go nawet pocałować na "do widzenia"...
to chyba podświadomość daje znak, by wreszcie zastanowiła się nad życiem...
pomóż Wszechświecie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz